sobota, 12 stycznia 2013

Rozdział drugi


Ogarnęła mnie panika. Weszłam do środka i dokładnie sprawdziłam wszystko. Obeszłam jeszcze raz cały dom, wołając tatę. Przeszłam dookoła ogród, zajrzałam za wszystkie krzaki, jednak nigdzie nie było widać śladu ojca. Nie wiedziałam do końca, co mam zrobić. Pierwsze, co przyszło mi na myśl, było zadzwonienie do Tylera. Drżącymi rękami wyjęłam z torby telefon. Już miałam dotknąć przycisku „zadzwoń”, kiedy przypomniałam sobie, która godzina. Przecież normalni ludzie, którzy mają normalnych ojców, normalnie teraz śpią. Pomyślałam, że może tato znajdzie się do rana, więc wróciłam na górę i postanowiłam zaczekać z wiadomością do Tylera do naszego przyzwoitej godziny. Harry spał jak zabity na dywanie, więc najwyraźniej mało obchodził go los jego drugiego żywiciela. Weszłam pod kołdrę, wcześniej sprawdzając dwa razy czy mam pod ręką jakiś przedmiot, którym można ugodzić ewentualnego napastnika. Przekręcałam się z boku na bok nie mogąc sobie znaleźć miejsca, na łóżku, które i tak jest dwuosobowe. Sięgnęłam po komórkę i zaczęłam grać w jakąś durną grę. Przysnęłam na chwilę, jednak obudziłam się, bo śnił mi się jakiś koszmar. Była w nim mama, która płakała na stacji metra, dokładnie w takiej samej pozycji, jak płakał tata, kiedy dowiedział się, że mama nie żyje. Miałam wtedy piętnaście lat. Moja mama zginęła w ataku jakiegoś szaleńca, który zastrzelił trzy osoby w metrze, w tym ją. Pamiętam, że siedziałam z tatą przy śniadaniu, kiedy nagle zadzwonił do niego telefon. Szybko złapał mnie za rękę i pociągnął do samochodu. Amy była wtedy w szkole. Zaparkował przy samym wejściu do metra i zostawił mnie samą przy bramkach. Nie wiedziałam co się stało, ale jakiś ochroniarz wpuścił mnie, bo powiedziałam, że jest tam mój ojciec. Najsilniejszym wspomnieniem z tego dnia, jest scena, kiedy schodzę ze schodów i widzę tatę klęczącego przy torach i zakrywającego twarz rękami. Obok niego, stało mnóstwo policjantów i ratowników medycznych. Jeden z nich zasuwał czarny worek, z którego wystawała ręka kobiety. Miała na nadgarstku zaczepioną bransoletkę z zawieszką z biedronką, którą dostała ode mnie, na któreś święta. Stanęłam wtedy jak wryta na schodach i biegiem wróciłam się do bramek. Pośród tłumu gapiów, stał Tyler. Najwyraźniej został przez kogoś poinformowany co się stało. Rzuciłam mu się na szyję i zaczęłam gorzko płakać. Nigdy w życiu, nie płakałam tak długo jak wtedy. Po śmierci mamy ojciec popadł w depresję. Potrafił nie odzywać się ani do mnie, ani do Amy przez tydzień. Na pocieszenie ze strony siostry nie mogłam liczyć, więc gdyby nie Tyler, gotowa byłam pójść w ślady taty. Zawsze potrafił mnie rozweselić i poprawić mi humor.Później, przez dłuższy czas nie mogłam wybaczyć ojcu, że zostawił nas wtedy same. Czasami myślę, że dzięki śmierci mamy, moja przyjaźń z Tylerem jeszcze bardziej się umocniła. Połączyła nas wtedy sytuacja rodzinna, ponieważ Tyler nie miał rodziców. Jego ojciec odszedł od nich i ślad po nim zaginął, kiedy chłopak był niemowlęciem, a kilka lat później jego matka wyszła za starego bagacza, z którym urodziła dwóch młodszych braci Tylera ; bliźniaków, Ethana i Emmeta i jego małą siostrzyczkę Zoe. Matka zmarła podczas porodu Zoe, a ojczym Tylera rok później dostał zawału. Od tamtego czasu, Tyler i jego rodzeństwo jest pod nadzorem kuratora, a chłopak opiekuje się rodzeństwem. Co miesiąc dostają zasiłek, po za tym chłopak pomaga mojemu tacie,  czym też czasami sobie dorabia. Kiedy się przebudziłam była szósta rano. Przebrałam się szybko w obcięte jeansowe shorty i kremową koszulkę na ramiączkach i zadzwoniłam do Tylera.
- Rose? Wiesz, która jest godzina? Masz szczęście, że cię lubię. – powiedział zaspanym głosem.
- To bardzo pilne, mogłabym do ciebie przyjść? Muszę ci o czymś dziwnym powiedzieć. – odparłam szybko. Mimo starań głos lekko mi drżał.
- No dobra, ale uprzedzam, że nie powitam cię solą i chlebem. – chyba wyczuł moje zaniepokojenie, ale jak zawsze utrzymywał dobry humor.
Włożyłam pierwsze-lepsze tenisówki, chwyciłam torbę i wyszłam na dwór. Robiło się już jaśniej, ale ulice dalej były opustoszałe. Dom Tylera znajdował się trzy przecznice dalej, więc w piętnaście minut zdążyłam tam dojść. Zapukałam cicho do drzwi, tak, żeby nie obudzić dzieciaków. Po paru długich minutach, usłyszałam jak Tyler zwleka się leniwie na dół po schodach i otwiera drzwi z klucza. Jego ciemne, rozwiane włosy, były jeszcze bardziej potargane niż zwykle. Patrzył na mnie lekko zmrużonymi jeszcze oczami, w których widać było mnóstwo śpiochów. Był nieogolony i ubrany w t-shirt z wielkim napisem i bokserki. Zszedł mi z drogi, a ja wieszłam do środka i usiadłam na kuchennym krześle. Zajął miejsce obok mnie.
- Co się takiego stało, że zrywałaś mnie o szóstej rano na nogi? – spytał patrząc na mnie pobłażliwie.
- Tyler, to naprawdę bardzo dziwne, musisz mi jakoś pomóc. Obudził mnie dzisiaj w nocy szczęk metalu, jakby ktoś upuścił stos garnków. Myślałam, że to jakiś złodziej więc zaszłam na dół ze szczotką, ale nikogo tam nie było. – chłopak uśmiechnął się, najwyraźniej wyobrażając sobie mnie skradającą się po domu z kijem od szczotki, bo rzeczywiście musiało to wyglądać komicznie. Mimo jego drwiącej miny kontynuowałam z uporem swoją opowieść. - Weszłam z powrotem na górę i kiedy zajrzałam do sypialni taty, nikogo w niej nie było. Pomyślałam, że pewnie dalej grzebie coś przy tej swojej maszynie w piwnicy, więc poszłam tam, ale też nikogo nie było. – kiedy Tyler usłyszał o maszynie, wyraźnie się rozbudził – uchyliłam drzwiczki tej dziwnej „szafy” i ze środka buchnęła para. Kiedy opadła, znowu tam zajrzałam, ale było pusto. Obeszłam cały dom, włącznie z ogrodem, ale ani śladu taty. Nie wiem kompletnie, gdzie on może być, nigdy nie znikał w środku nocy, ale podejrzewam, że to może mieć związek z tym dziwnym urządzeniem w piwnicy, bo kiedy wróciłam po spotkaniu z tobą ojciec dalej tam siedział. – powiedziałam to wszystko prawie na jednym tchu, więc nie wiem czy Tyler zrozumiał z tego cokolwiek.
- Po pierwsze, nie panikuj, bo się udusisz, jak dalej będziesz tak mówić. Po drugie, twój ojciec jest dorosły...
- Ale martwię się o niego! – weszłam mu w słowo krzycząc.
- O kogo tak się martwisz? – do kuchni weszła Zoe, którą najwyraźniej obudziły moje wrzaski.
Miała na sobie flanelową pidżamkę w kwiatki. Jedną ręką zakrywała sobie usta od ziewania, a w drugiej trzymała pluszowego misia, którego ciągnęła po podłodze. Zoe miała sześć lat i była najmłodsza z rodzeństwa. Bliźniacy byli od niej o pięć lat starsi. Obie bardzo się lubiłyśmy, czasami miałam wrażenie, że jestem dla niej jak starsza siostra. Właściwie to tak ją traktowałam. Jej proste włosy były niezdarnie ułożone w poplątany warkocz, którego pewnie sama próbowała robić. Zaspane, niebieskie oczy były kopią oczu Tylera. Zoe była śliczna, nawet tuż po obudzeniu. Na pewno jak będzie starsza, nie będzie mogła opędzić się od chłopaków. Wskoczyła mi na kolana i bawiła się suwakiem mojej torby, którą połozyłam na stole.
- Cześć mała, może pójdziesz po szczotkę i gumkę, to zrobię ci warkocza, co? – powiedziałam z uśmiechem, próbując zająć czymś Zoe.
- Okey. – odparła leniwie znowu ziewając i zeskoczyła z moich nóg.
Tyler odprowadzał ją wzrokiem, czekając, aż zniknie za schodami.
- Kontunuując, obiecuję, że jeszcze dzisiaj zobaczę co to za maszyna i może uda nam się to jakoś rozgryść. Masz ochotę na naleśniki? – powiedział klęcząc już przy szafce i sięgając po patelnię.
- Pewnie. – odparłam, chociaż wcale nie czułam głodu, ale uznałam, że lepiej zająć myśli czymś innym.
Ze schodów tanecznym krokiem zbiegła Zoe ze szczotką i frotką w rękach.
- Ooo, robisz naleśniki! – ucieszyła się podsuwając drugie krzesło obok mojego.
- Zobaczymy czy dla ciebie starczy, kocie. – powiedział Tyler uśmiechając się łobuzersko.
Zabrałam się za rozczesywanie jasnych włosów dziewczynki, podczas gdy ona opowiadała nam swój sen o jednorożcu. Okazało się, że mój krzyk powstrzymał ją od galopowania po łące razem z tuzinem koleżanek z klasy, których imion nie sposób było spamiętać. Po paru minutach naleśniki były gotowe, a Zoe miała pięknego warkocza.
- Bon appetit! – powiedział Tyler stawiając teatralnym ruchem na stół talerz z górą pachnących naleśników polanych syropem klonowym.
Tyler był naprawdę świetnym kucharzem. Czasami przynosił nam do domu trochę specjałów, bo ja byłam kompletnie zielona w tym temacie. Zapach zwabił na dół także bliźniaków, którzy przepychali się na schodach w wyścigu po śniadanie. Oboje wyglądali identycznie. Mieli czarne, rozwiane włosy i brązowe oczy. Także byli w pidżamach, więc musiałam się wyróżniać z towarzystwa Zoe i bliźniaków w pidżamie oraz prawie gołego Tylera.
- Pierwszy! – krzyknął Emmet jedną ręką trzymając krzesła, drugą odpychając od siebie Ethana.
- O, cześć Rose! – powiedział z uśmiechem Ethan, który niezbyt przejął się porażką i tak jak reszta usiadł do stołu i zaczął wkładać sobie na talerz naleśnika.
- Cześć łobuzy! Od rana rozrabiacie, nieładnie. – odparłam szczerząc do nich zęby.
- A wy już od rana randkujecie! – krzyknął Emmet.
- Cmok cmok cmok! – w tej chwili wykonali identyczne ruchy głowami w stronę Tyler’a, jakby chcieli go pocałować.
- Widzisz, żeby ktoś tu się całował albo randkował?! – powiedział chłopak ironicznym tonem i uśmiechnął się do Rose.
- Dobra, jedz, nie gadaj. – odparłam i sama wzięłam się za krojenie następnego naleśnika.
Kiedy wszyscy zjedli, sprzątnęłam talerze i pozmywałam naczynia, razem z pozostałymi po kolacji. W tym czasie, wszyscy zdążyli się ubrać i nie czułam się już tak bardzo idiotycznie.
- Słuchajcie, ja i Rose idziemy do niej do domu, a Emmet i Ethan, wy musicie zaopiekować się Zoe. – powiedział Tyler.
- To masz problem, bo idziemy do skateparku. – powiedział jeden z nich, ale nie rozróżniłam który, po czym oboje złapali za deski.
- Zoe może iść z nami. – powiedziałam do Tylera, który był gotowy dać im szlaban, albo coś w tym stylu.
Nic nie odpowiedział, ale najwyraźniej zezwolił, bo sam zaczął się ubierać. Chłopcy wybiegli z domu bez pożegnania, od razu wskakując na deski. Pomogłam Zoe się ubrać i wyszliśmy z domu. Po drodze dziewczynka zachwycała się wszystkimi zwierzakami, które mijaliśmy od ślimaków, po wielkie psy. Kiedy skręcaliśmy w Dove Close kazała się wziąć na barana, a Tyler posłusznie wykonał jej żądanie. Otworzyłam drzwi z nadzieją, że zastanę w domu tatę. Niestety nikogo w nim nie było oprócz Harrego. Zoe od razu się do niego dorwała nosząc go na rękach jak jakieś małe dziecko, ale on sam wyglądał na zadowolonego. Dałam jej paczkę suchej karmy, a ona rzucała mu kawałki, co im obojgu, także sprawiało radochę. Zeszłam z Tylerem do piwnicy i pokazałam mu maszynę. Zademonstrowałam dokładnie, co zrobiłam z nią dzisiejszej nocy, a on oświadczył, że nigdy nie widział czegoś takiego i nie wie dokładnie do czego może służyć. Stałam chwilę z założonymi rękami, patrząc jak wczołguję się pod nią i grzebie w czymś pod spodem. Znudziło mnie to, więc wróciłam na górę do Zoe, która dalej tuczyła i tak już spasionego Harry’ego.
- Zobacz jaki on jest słodki! – powiedziała wysokim głosikiem, drapiąc go za uchem.
- Taak, szczególnie jak prycha na mnie każdego ranka. – usiadłam koło niej na dywanie i pogłaskałam go po wielkim cielsku, na co on łypnął na mnie ostrzegawczo oczami i dalej mruczał pod ręką Zoe.
Nagle z piwnicy wyszedł Tyler wycierając sobie ręce brudne od smaru w roboczą koszulę w kratę.
- Zajmie mi trochę czasu dojście do czego to coś służy, więc jak chcecie możecie iść gdzieś do parku na lody, czy coś w tym stylu. – powiedział znużonym głosem.
- Taaak! Na lody! – krzyknęła Zoe szybko wstając z dywanu.
Uśmiechnęłam się do Tylera z aprobatą biorąc dziewczynkę za rękę. Wyszłyśmy na obskurny chodnik zostawiając Tylera samego z maszyną, przez którą najprawdopodobniej zaginął mój ojciec.

2 komentarze:

  1. Jejku to jest wspaniale! Chce wiecej i to jak najszybciej ; )

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniałe :)
    Już nie mogę się doczekać następnego rozdziału.!

    OdpowiedzUsuń

Informacje

Sko­ro nie można się cofnąć, trze­ba zna­leźć naj­lep­szy sposób, by pójść naprzód.
~Paulo Coelho

Czytelnicy