Ogarnęła
mnie panika. Weszłam do środka i dokładnie sprawdziłam wszystko. Obeszłam
jeszcze raz cały dom, wołając tatę. Przeszłam dookoła ogród, zajrzałam za
wszystkie krzaki, jednak nigdzie nie było widać śladu ojca. Nie wiedziałam do końca,
co mam zrobić. Pierwsze, co przyszło mi na myśl, było zadzwonienie do Tylera.
Drżącymi rękami wyjęłam z torby telefon. Już miałam dotknąć przycisku
„zadzwoń”, kiedy przypomniałam sobie, która godzina. Przecież normalni ludzie, którzy mają normalnych ojców, normalnie teraz śpią. Pomyślałam, że może tato znajdzie się do
rana, więc wróciłam na górę i postanowiłam zaczekać z wiadomością do Tylera do
naszego przyzwoitej godziny. Harry spał jak zabity na dywanie, więc
najwyraźniej mało obchodził go los jego drugiego żywiciela. Weszłam pod kołdrę,
wcześniej sprawdzając dwa razy czy mam pod ręką jakiś przedmiot, którym można
ugodzić ewentualnego napastnika. Przekręcałam się z boku na bok nie mogąc sobie
znaleźć miejsca, na łóżku, które i tak jest dwuosobowe. Sięgnęłam po komórkę i
zaczęłam grać w jakąś durną grę. Przysnęłam na chwilę, jednak obudziłam się, bo
śnił mi się jakiś koszmar. Była w nim mama, która płakała na stacji metra,
dokładnie w takiej samej pozycji, jak płakał tata, kiedy dowiedział się, że mama
nie żyje. Miałam wtedy piętnaście lat. Moja mama zginęła w ataku jakiegoś
szaleńca, który zastrzelił trzy osoby w metrze, w tym ją. Pamiętam, że
siedziałam z tatą przy śniadaniu, kiedy nagle zadzwonił do niego telefon.
Szybko złapał mnie za rękę i pociągnął do samochodu. Amy była wtedy w szkole.
Zaparkował przy samym wejściu do metra i zostawił mnie samą przy bramkach. Nie
wiedziałam co się stało, ale jakiś ochroniarz wpuścił mnie, bo powiedziałam, że
jest tam mój ojciec. Najsilniejszym wspomnieniem z tego dnia, jest scena, kiedy
schodzę ze schodów i widzę tatę klęczącego przy torach i zakrywającego twarz
rękami. Obok niego, stało mnóstwo policjantów i ratowników medycznych. Jeden z
nich zasuwał czarny worek, z którego wystawała ręka kobiety. Miała na nadgarstku
zaczepioną bransoletkę z zawieszką z biedronką, którą dostała ode mnie, na
któreś święta. Stanęłam wtedy jak wryta na schodach i biegiem wróciłam się do
bramek. Pośród tłumu gapiów, stał Tyler. Najwyraźniej został przez kogoś
poinformowany co się stało. Rzuciłam mu się na szyję i zaczęłam gorzko płakać.
Nigdy w życiu, nie płakałam tak długo jak wtedy. Po śmierci mamy ojciec popadł
w depresję. Potrafił nie odzywać się ani do mnie, ani do Amy przez tydzień. Na
pocieszenie ze strony siostry nie mogłam liczyć, więc gdyby nie Tyler, gotowa
byłam pójść w ślady taty. Zawsze potrafił mnie rozweselić i poprawić mi
humor.Później, przez dłuższy czas nie mogłam wybaczyć ojcu, że zostawił nas
wtedy same. Czasami myślę, że dzięki śmierci mamy, moja przyjaźń z Tylerem
jeszcze bardziej się umocniła. Połączyła nas wtedy sytuacja rodzinna, ponieważ Tyler
nie miał rodziców. Jego ojciec odszedł od nich i ślad po nim zaginął, kiedy
chłopak był niemowlęciem, a kilka lat później jego matka wyszła za starego
bagacza, z którym urodziła dwóch młodszych braci Tylera ; bliźniaków, Ethana i
Emmeta i jego małą siostrzyczkę Zoe. Matka zmarła podczas porodu Zoe, a ojczym Tylera
rok później dostał zawału. Od tamtego czasu, Tyler i jego rodzeństwo jest pod
nadzorem kuratora, a chłopak opiekuje się rodzeństwem. Co miesiąc dostają
zasiłek, po za tym chłopak pomaga mojemu tacie, czym też czasami sobie dorabia. Kiedy się
przebudziłam była szósta rano. Przebrałam się szybko w obcięte jeansowe shorty
i kremową koszulkę na ramiączkach i zadzwoniłam do Tylera.
-
Rose? Wiesz, która jest godzina? Masz szczęście, że cię lubię. – powiedział
zaspanym głosem.
- To
bardzo pilne, mogłabym do ciebie przyjść? Muszę ci o czymś dziwnym powiedzieć.
– odparłam szybko. Mimo starań głos lekko mi drżał.
- No
dobra, ale uprzedzam, że nie powitam cię solą i chlebem. – chyba wyczuł moje
zaniepokojenie, ale jak zawsze utrzymywał dobry humor.
Włożyłam
pierwsze-lepsze tenisówki, chwyciłam torbę i wyszłam na dwór. Robiło się już
jaśniej, ale ulice dalej były opustoszałe. Dom Tylera znajdował się trzy
przecznice dalej, więc w piętnaście minut zdążyłam tam dojść. Zapukałam cicho
do drzwi, tak, żeby nie obudzić dzieciaków. Po paru długich minutach,
usłyszałam jak Tyler zwleka się leniwie na dół po schodach i otwiera drzwi z
klucza. Jego ciemne, rozwiane włosy, były jeszcze bardziej potargane niż
zwykle. Patrzył na mnie lekko zmrużonymi jeszcze oczami, w których widać było
mnóstwo śpiochów. Był nieogolony i ubrany w t-shirt z wielkim napisem i
bokserki. Zszedł mi z drogi, a ja wieszłam do środka i usiadłam na kuchennym
krześle. Zajął miejsce obok mnie.
- Co
się takiego stało, że zrywałaś mnie o szóstej rano na nogi? – spytał patrząc na
mnie pobłażliwie.
- Tyler,
to naprawdę bardzo dziwne, musisz mi jakoś pomóc. Obudził mnie dzisiaj w nocy
szczęk metalu, jakby ktoś upuścił stos garnków. Myślałam, że to jakiś złodziej
więc zaszłam na dół ze szczotką, ale nikogo tam nie było. – chłopak uśmiechnął
się, najwyraźniej wyobrażając sobie mnie skradającą się po domu z kijem od
szczotki, bo rzeczywiście musiało to wyglądać komicznie. Mimo jego drwiącej
miny kontynuowałam z uporem swoją opowieść. - Weszłam z powrotem na górę i
kiedy zajrzałam do sypialni taty, nikogo w niej nie było. Pomyślałam, że pewnie
dalej grzebie coś przy tej swojej maszynie w piwnicy, więc poszłam tam, ale też
nikogo nie było. – kiedy Tyler usłyszał o maszynie, wyraźnie się rozbudził –
uchyliłam drzwiczki tej dziwnej „szafy” i ze środka buchnęła para. Kiedy
opadła, znowu tam zajrzałam, ale było pusto. Obeszłam cały dom, włącznie z
ogrodem, ale ani śladu taty. Nie wiem kompletnie, gdzie on może być, nigdy nie
znikał w środku nocy, ale podejrzewam, że to może mieć związek z tym dziwnym
urządzeniem w piwnicy, bo kiedy wróciłam po spotkaniu z tobą ojciec dalej tam
siedział. – powiedziałam to wszystko prawie na jednym tchu, więc nie wiem czy Tyler
zrozumiał z tego cokolwiek.
- Po
pierwsze, nie panikuj, bo się udusisz, jak dalej będziesz tak mówić. Po drugie,
twój ojciec jest dorosły...
- Ale
martwię się o niego! – weszłam mu w słowo krzycząc.
- O
kogo tak się martwisz? – do kuchni weszła Zoe, którą najwyraźniej obudziły moje
wrzaski.
Miała
na sobie flanelową pidżamkę w kwiatki. Jedną ręką zakrywała sobie usta od
ziewania, a w drugiej trzymała pluszowego misia, którego ciągnęła po podłodze.
Zoe miała sześć lat i była najmłodsza z rodzeństwa. Bliźniacy byli od niej o pięć
lat starsi. Obie bardzo się lubiłyśmy, czasami miałam wrażenie, że jestem dla
niej jak starsza siostra. Właściwie to tak ją traktowałam. Jej proste włosy
były niezdarnie ułożone w poplątany warkocz, którego pewnie sama próbowała
robić. Zaspane, niebieskie oczy były kopią oczu Tylera. Zoe była śliczna, nawet
tuż po obudzeniu. Na pewno jak będzie starsza, nie będzie mogła opędzić się od
chłopaków. Wskoczyła mi na kolana i bawiła się suwakiem mojej torby, którą
połozyłam na stole.
-
Cześć mała, może pójdziesz po szczotkę i gumkę, to zrobię ci warkocza, co? –
powiedziałam z uśmiechem, próbując zająć czymś Zoe.
-
Okey. – odparła leniwie znowu ziewając i zeskoczyła z moich nóg.
Tyler
odprowadzał ją wzrokiem, czekając, aż zniknie za schodami.
-
Kontunuując, obiecuję, że jeszcze dzisiaj zobaczę co to za maszyna i może uda
nam się to jakoś rozgryść. Masz ochotę na naleśniki? – powiedział klęcząc już
przy szafce i sięgając po patelnię.
-
Pewnie. – odparłam, chociaż wcale nie czułam głodu, ale uznałam, że lepiej
zająć myśli czymś innym.
Ze
schodów tanecznym krokiem zbiegła Zoe ze szczotką i frotką w rękach.
- Ooo,
robisz naleśniki! – ucieszyła się podsuwając drugie krzesło obok mojego.
-
Zobaczymy czy dla ciebie starczy, kocie. – powiedział Tyler uśmiechając się
łobuzersko.
Zabrałam
się za rozczesywanie jasnych włosów dziewczynki, podczas gdy ona opowiadała nam
swój sen o jednorożcu. Okazało się, że mój krzyk powstrzymał ją od galopowania
po łące razem z tuzinem koleżanek z klasy, których imion nie sposób było
spamiętać. Po paru minutach naleśniki były gotowe, a Zoe miała pięknego
warkocza.
- Bon
appetit! – powiedział Tyler stawiając teatralnym ruchem na stół talerz z górą
pachnących naleśników polanych syropem klonowym.
Tyler
był naprawdę świetnym kucharzem. Czasami przynosił nam do domu trochę
specjałów, bo ja byłam kompletnie zielona w tym temacie. Zapach zwabił na dół
także bliźniaków, którzy przepychali się na schodach w wyścigu po śniadanie. Oboje
wyglądali identycznie. Mieli czarne, rozwiane włosy i brązowe oczy. Także byli
w pidżamach, więc musiałam się wyróżniać z towarzystwa Zoe i bliźniaków w
pidżamie oraz prawie gołego Tylera.
-
Pierwszy! – krzyknął Emmet jedną ręką trzymając krzesła, drugą odpychając od
siebie Ethana.
- O,
cześć Rose! – powiedział z uśmiechem Ethan, który niezbyt przejął się porażką i
tak jak reszta usiadł do stołu i zaczął wkładać sobie na talerz naleśnika.
-
Cześć łobuzy! Od rana rozrabiacie, nieładnie. – odparłam szczerząc do nich
zęby.
- A wy
już od rana randkujecie! – krzyknął Emmet.
- Cmok
cmok cmok! – w tej chwili wykonali identyczne ruchy głowami w stronę Tyler’a,
jakby chcieli go pocałować.
-
Widzisz, żeby ktoś tu się całował albo randkował?! – powiedział chłopak
ironicznym tonem i uśmiechnął się do Rose.
-
Dobra, jedz, nie gadaj. – odparłam i sama wzięłam się za krojenie następnego
naleśnika.
Kiedy
wszyscy zjedli, sprzątnęłam talerze i pozmywałam naczynia, razem z pozostałymi
po kolacji. W tym czasie, wszyscy zdążyli się ubrać i nie czułam się już tak
bardzo idiotycznie.
-
Słuchajcie, ja i Rose idziemy do niej do domu, a Emmet i Ethan, wy musicie
zaopiekować się Zoe. – powiedział Tyler.
- To
masz problem, bo idziemy do skateparku. – powiedział jeden z nich, ale nie
rozróżniłam który, po czym oboje złapali za deski.
- Zoe
może iść z nami. – powiedziałam do Tylera, który był gotowy dać im szlaban,
albo coś w tym stylu.
Nic
nie odpowiedział, ale najwyraźniej zezwolił, bo sam zaczął się ubierać. Chłopcy
wybiegli z domu bez pożegnania, od razu wskakując na deski. Pomogłam Zoe się
ubrać i wyszliśmy z domu. Po drodze dziewczynka zachwycała się wszystkimi
zwierzakami, które mijaliśmy od ślimaków, po wielkie psy. Kiedy skręcaliśmy w
Dove Close kazała się wziąć na barana, a Tyler posłusznie wykonał jej żądanie.
Otworzyłam drzwi z nadzieją, że zastanę w domu tatę. Niestety nikogo w nim nie
było oprócz Harrego. Zoe od razu się do niego dorwała nosząc go na rękach jak
jakieś małe dziecko, ale on sam wyglądał na zadowolonego. Dałam jej paczkę
suchej karmy, a ona rzucała mu kawałki, co im obojgu, także sprawiało radochę.
Zeszłam z Tylerem do piwnicy i pokazałam mu maszynę. Zademonstrowałam
dokładnie, co zrobiłam z nią dzisiejszej nocy, a on oświadczył, że nigdy nie
widział czegoś takiego i nie wie dokładnie do czego może służyć. Stałam chwilę
z założonymi rękami, patrząc jak wczołguję się pod nią i grzebie w czymś pod
spodem. Znudziło mnie to, więc wróciłam na górę do Zoe, która dalej tuczyła i
tak już spasionego Harry’ego.
-
Zobacz jaki on jest słodki! – powiedziała wysokim głosikiem, drapiąc go za
uchem.
-
Taak, szczególnie jak prycha na mnie każdego ranka. – usiadłam koło niej na
dywanie i pogłaskałam go po wielkim cielsku, na co on łypnął na mnie
ostrzegawczo oczami i dalej mruczał pod ręką Zoe.
Nagle
z piwnicy wyszedł Tyler wycierając sobie ręce brudne od smaru w roboczą koszulę
w kratę.
-
Zajmie mi trochę czasu dojście do czego to coś służy, więc jak chcecie możecie
iść gdzieś do parku na lody, czy coś w tym stylu. – powiedział znużonym głosem.
-
Taaak! Na lody! – krzyknęła Zoe szybko wstając z dywanu.
Uśmiechnęłam
się do Tylera z aprobatą biorąc dziewczynkę za rękę. Wyszłyśmy na obskurny
chodnik zostawiając Tylera samego z maszyną, przez którą najprawdopodobniej
zaginął mój ojciec.
Jejku to jest wspaniale! Chce wiecej i to jak najszybciej ; )
OdpowiedzUsuńWspaniałe :)
OdpowiedzUsuńJuż nie mogę się doczekać następnego rozdziału.!